Fragment książki „Dziedzictwo”

Cześć!

Minęło sporo czasu od ostatniego wpisu. Mam mnóstwo na głowie i brakuje mi chwili, aby wrzucić coś interesującego. Dzisiaj oderwałam się od wszystkich prac domowych oraz pisania kolejnej książki z myślą krótkiego wpisu.

W sobotę wiosna dała o sobie znać nie tylko ciepłym i słonecznym dniem, ale i alergią. O matko! Zapomniałam, że pyłki drzew potrafią błyskawicznie wycisnąć z oczu łzy!

Przechadzając się po Rybnickich „Bulwarach” przy rzece Nacyna przywitała mnie nutria. Kilka lat wstecz zadomowiły się na obrzeżach rzeki, stając się wizytówką miasta.

Pomimo śmieci… ona siedziała spokojnie, zajadając się zielonymi glonami i liściem sałaty.

Jak Wam mija dzisiejszy dzień? Kawa zaparzona? Jeśli tak, mam dla Was fragment książki. Cała dostępna TUTAJ.

Nieuniknione

Brat stanął przeciwko bratu, wypowiedział wojnę i ruszył do boju. Sycząca jadem nienawiść zarażała spojrzeniem napotkane istoty. Zawiść kłębiła się nad głowami. Srebrne, przecinające niebo nici uderzały, podjudzając do ataku. Historia zatoczyła koło, stawiając przed człowiekiem pytanie: mieć czy być?

Dzikie i spragnione ofiar płomienie trawiły wszystko na swojej drodze. Kłębiły się, buchając wysoko, ukazując swoją potęgę. W mgnieniu oka pożerały i topiły, zamieniając w nicość, nie pozostawiając za sobą najmniejszego życia, które zdołałoby przetrwać trwającą apokalipsę. W powietrzu unosiły się resztki spalonych, lekkich kawałków tego, co strawiła pożoga. Strzępy życia opadały na osmoloną ziemię. Były martwe.

Nieustanne krzyki ludzi towarzyszyły walącym się betonowym ścianom drapaczy chmur. Widok z lotu ptaka na zielone niegdyś połacie lasów pokrywał brunatny potok bulgoczącej od temperatury lawy. Nagle głośny grzmot wystraszył dzikie zwierzęta, bezbronne i zdezorientowane uciekały w popłochu, nie wiedząc, że to koniec.

Ziścił się najgorszy ze scenariuszy. Koryta rzek wyschły, wyjawiając wszelkie nieodkryte tajemnice. Panika i chaos doszczętnie zawładnęły umysłem bezbronnego człowieka. W ostatnich godzinach, błagając o kolejną szansę, każdy szukał w sobie odrobiny wiary. Modlił się o cud. Na próżno. Uciekający ulicami ludzie wpadali na siebie, depcząc po ciałach stratowanych wcześniej ofiar, nie zwracając uwagi na innych. Sytuacja przerastała wszelkie wyobrażenia o sądzie ostatecznym. Żadna z religii nie opisywała końca w tak brutalny sposób.

Zagubione dziecko w tłumie szturmujących ludzi ściskało kurczowo w dłoni swój biały, sportowy bucik. Przerażone widokiem nie wiedziało, co się dzieje. Po drugiej stronie ulicy kobieta w zielonej sukience rozpaczliwie szukała złamanego obcasa swoich ulubionych czarnych szpilek, lekko porysowanych na czubkach, do których żywiła jedynie sentyment pierwszej w jej życiu randki. Oddychała szybko. Popychana przez uciekających ludzi upadła. Jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie i równie szybko opadała. Płuca rzęziły, wydając piskliwy i chrapliwy odgłos. Sapiąc z przerażenia, zdjęła drugi but i stanęła twardo na bosych stopach. Jej wzrok sięgnął małej dziewczynki. Widząc płaczące dziecko, nie zawahała się, podbiegła do niego chwiejnym krokiem i ujęła maleńką, rozgrzaną od gorączki rączkę. Zacisnęła swoje palce na jej dłoni. Pot spływał po zjeżonej od strachu skórze kobiety.

Nagle rozbrzmiał kolejny huk walącego się wieżowca. Potężne bryły budynku spadały z impetem na uciekający tłum, miażdżąc bezlitośnie napotkane ofiary. Kłębiący się w powietrzu pył z gruzowiska ograniczał widoczność. Nic poza czubkiem własnego nosa nie dało się dostrzec. Wpadał do oczu i gardła, zatykając nos, wysuszając śluzówkę. Krztusili się i mdleli, po omacku szukając ucieczki. Niewiedza, co się znajduje w pobliżu, powodowała ogromną histerię pośród tłumu. Betonowa ulica zaczynała pękać wzdłuż pod ich stopami, pochłaniając niewinne dusze. Rozdzierający huk wpadał do uszu, powodując uczucie mdłości.

— Zamknij oczy i przytul się — powiedziała kobieta do zagubionego dziecka, zabierając je na ręce. Po jej policzkach spływały łzy, zostawiając czyste ślady na brudnej skórze. Była przerażona, ale bicie serca tej małej istoty uspokajało ją. Zdawała sobie sprawę z tego, jaki może być ich koniec.

Mała dziewczynka przywarła kurczowo do jej piersi. Wypuściła z dłoni bucik i założyła swoje drobne rączki na szyję nieznajomej. Nie zamknęła oczu pomimo lęku. Oddech miała ciężki od wysokiego stężenia pyłu. Powoli zapadała w sen. Nad ich głowami zebrały się ciężkie, ciemne chmury, powodując dookoła mrok. Ogromne kule gradu spadały, zadając bolesne rany, by po chwili zastąpił je kwaśny deszcz. Jasne światło błyskawic rozświetlało co jakiś czas przestrzeń, ukazując twarze przerażonych ludzi, na oślep przedzierających się w tłumie.

Tuż przed oczyma kobiety szczelina w jezdni poszerzyła się gwałtownie, a lewy pas zapadł się na parę metrów w dół, zbierając ludzkie żniwo.

— Jestem przy tobie, nie puszczę cię. Obiecuję — szeptała w kółko do ucha dziewczynki.

— Mamo — jęknęła dziewczynka, pociągając nosem z tęsknotą.

— Jestem przy tobie. Trzymaj się mocno i nie puszczaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *